Jak malaria mnie prawie zabiła

kwiecień 2022

W mroku jarzą się światełka maszyny, która od kilku dni utrzymuje mnie przy życiu. Malaria omal nie zabrała mnie na drugą stronę. Wystarczył zbieg kilku niefortunnych wypadków…

Afryka Równikowa jest piękna, ale wymaga dobrego przygotowania zdrowotnego.

Afryka Równikowa jest piękna, ale wymaga dobrego przygotowania zdrowotnego. Tam na pewno jest malaria…

Brak czasu dla siebie – błąd nr 1

To był trudny czas na wyjazd: luty 2022 do historii przejdzie rozpoczęciem wojny przez Rosję. Niewiele mogłam zrobić, ale gdy okazało się, że na punkcie recepcyjnym brakuje ludzi z choć podstawową znajomością rosyjskiego/ukraińskiego – zgłosiłam się.

Jedenaście lat nauki pozwalało mi się porozumiewać w stopniu bardzo podstawowym, ale to nie był czas na literackie wypowiedzi. Trzeba było wskazać gdzie jest toaleta, punkt matek z dziećmi, miejsce rejestracji na nocleg. Pracowałam na Dworcu Zachodnim, szybko się zorientowałam, że najtrudniej jest nocą.

Zatem zaczęłam brać nocne zmiany. Ostatnią miałam z czwartku na piątek, do Kamerunu leciałam w sobotę świtem. Do ostatniej chwili pomagałam kontaktować ludzi, przekazywać zadania. Pakowałam się między 1 a 2 rano, godzina spania, o 4 na lotnisku.

Zabrakło mi czasu na spokojne przygotowanie się do wyjazdu, na konsultację z lekarzem medycyny tropikalnej. No ale co, ja nie dam rady?…

Pierwsze objawy

Wyprawa do Republiki Środkowej Afryki i Kamerunu była trudna. Fizycznie (bo dużo jeżdżenia marnymi drogami, gorąco, spora wilgotność) i psychicznie (bo nikt nie czuł się komfortowo będąc w podróży, gdy w Ukrainie trwała wojna).

Do tego różne wyzwania na wyprawie – jak to zwykle w pracy pilotki. Więc o siebie też za bardzo nie zadbałam: co prawda stosowałam repelenty Moskito Guard, ale nie zdążyłam przed wyjazdem spryskać ubrań permetryną, a że pakowałam się w biegu, nie zabrałam go ze sobą…

O ironio – mamy przecież repelenty i permetrynę w naszym sklepie, więc wystarczyłaby chwila refleksji. W biegu o świcie jej zabrakło.

Pryskanie ubrań to mój rytuał przed wyjazdem. Tym razem go zabrakło.

Pryskanie ubrań to mój rytuał przed wyjazdem. Tym razem go zabrakło.

Wróciłam w piątek i od razu rzuciłam się w wir zajęć. W poniedziałek dostałam dreszczy: to mi się czasem zdarza na tle nerwowym, ze zmęczenia, no i ta zmiana klimatu. Kilka herbat „z prądem” miało mi pomóc. Rano we wtorek było dobrze, w południe poczułam, że nie mogę oddychać. Jakby było za mało powietrza… Przestraszyłam się: czyżby COVID?

Czynnik ludzki – błąd nr 2

Wpadła znajoma lekarka, osłuchała mnie, przywiozła test (nie miałam COVID). Uznała, że to chyba zapalenie płuc. Dostałam antybiotyk.

Wieczorem gorączka podskoczyła do 39st i przez następne dni spadała na chwilę (jak wzięłam proszki), po czym znowu się podnosiła. Błąd ludzki polegał na tym, że NIKOMU (ze mną na czele!) nie wpadło do głowy, że może to malaria?

Chociaż wiedziałam, że Kamerun jest krajem ryzyka (znałam trzy osoby, które wróciły stamtąd z tą chorobą). I moja lekarka też to wiedziała. I Krzysztof przez telefon opowiedział znajomemu lekarzowi medycyny tropikalnej jakim antybiotykiem jestem leczona i że właśnie wróciłam z Afryki Równikowej.

Tyle razy mówiłam ludziom, że jak po powrocie mają gorączkę, dreszcze, to na wszelki wypadek warto zrobić test na malarię. Tym razem leżałam zapadając się coraz bardziej w majaczenie i ANI RAZU nie miałam refleksji, że może to jednak nie zapalenie płuc.

Czujnością wykazała się moja przyjaciółka Aga, mówiąc bym pojechała na prześwietlenie, konsultację prywatną, ale ja czułam się za słaba, a Krzysiek uznał, że nie ma co mnie męczyć. Drugi antybiotyk, w niedzielę kroplówka bo już przestałam móc pić (co wypiłam to zwymiotowałam).

W nocy nie byłam w stanie dojść do łazienki: zataczałam się i czułam jakbym traciła panowanie nad własnym ciałem. Gorączka nie odpuszczała.

Rozpoznanie w szpitalu

W poniedziałek podjęłam decyzję, by jechać do prywatnego szpitala. W państwowych był wtedy natłok uchodźców, bałam się siedzenia kilka godzin na izbie przyjęć.

I tu wreszcie komuś zaiskrzyło, że jak pacjentka wróciła z tropików, to warto zrobić test na malarię. Z pobytu w Medicover niewiele pamiętam, najważniejsze, że wysłano mnie do Szpitala Zakaźnego na Wolskiej. Diagnoza: „Malaria wywołana przez Plasmodium falciparum. Wstrząs i niewydolność wielonarządowa w przebiegu choroby”.

Zaczęto mnie ratować: założono mi wenflony, podpięto pod różne strzykawki dozujące leki, złożono cewnik bym się nie ruszała z łóżka. Pierwszą dobę pamiętam jakby czas i przestrzeń się rozmazywały. Odpływałam w świat majaczeń i było to paskudne uczucie.

Leczenie malarii

Tu ważna informacja: leczenie malarii jest dość proste, pod warunkiem, że zrobi się OD RAZU rozpoznanie. Są leki, podaje się je i pacjent wraca do zdrowia. U mnie przez tydzień zarodźce malarii dokonały spustoszenia.

Najczęstszym powodem śmierci wskutek malarii w Europie jest brak rozpoznania choroby i leczenie grypy, zapalenia płuc lub czegoś innego. Tymczasem wystarczy prosty test z krwi w palcu i od razu wiadomo: to jest malaria. I wiadomo czym to leczyć.

No ale ja byłam tydzień w plecy. Moje ciało ledwo wyrabiało by utrzymać mnie przy życiu. Lekarki i lekarze robili co w ich mocy wspierani medykamentami.

Gdy pielęgniarka uznała, że kolejny wenflon już się na ręce nie zmieści, zrobiono mi wkłucie centralne. Pod tą nazwą kryje się włożenie w szyję rurki, z której zwisają inne rurki podłączone do wielkiej maszyny, która robiła „ping” i z chirurgiczną precyzją dozowała kolejne leki.

Obie ręce były pokłute...

Obie ręce były pokłute…

... a maszyna ma kolejne leki dla mnie.

… a maszyna ma kolejne leki dla mnie.

Po kilku dniach poczułam się wreszcie nieco lepiej (czyli przestałam odpływać w majaki) i pomyślałam, że przecież wróciłam z wyprawy, mam tyle rzeczy do zrobienia, a nie jestem w stanie nawet dojść do łazienki. Wrzuciłam post na FB. Ale nie taki optymistyczny, że hurra, daję radę, tylko pokazujący, że ledwo zipię. I proszę by świat dał mi na razie spokój, nie dzwonił i nie oczekiwał, że sprostam wyzwaniom.

Wszyscy zachowali się wspaniale, bo pod postem wpisano masę dobrych słów, a telefon zamilkł na długo 🙂

Rehabilitacja i powrót do zdrowia

Skoro powoli zaczęłam się czuć lepiej, trzeba było zacząć wracać do sił. Jedno z ćwiczeń polegało na wciąganiu powietrza przez ustnik, by unieść trzy kuleczki w pudełku. Pierwszego dnia uniosłam jedną, kaszląc co chwila niemiłosiernie. Do trzech doszłam dopiero po kilku dniach…

Mój rehabilitant uznał, że powoli powinnam wstawać: dostałam balkonik i w tempie zrelaksowanego żółwia mogłam wreszcie samodzielnie iść do łazienki. Po czym musiałam pół godziny odpocząć, bo to był wysiłek jak zdobycie góry.

Nie sądziłam, że mogę być tak słaba! Zaś by poprawić sobie samopoczucie, miałam na łóżku moją ulubioną tkaninę kitenge 😉

Moje szpitalne Ferrari. Trening z gumami zaczynałąm od najlżejszej.

Moje szpitalne Ferrari. Trening z gumami zaczynałam od najlżejszej.

Rozmowy ze studentami

Co jakiś czas wpadał lekarz z pytaniem, czy kolejna grupa studentów może na mnie pouczyć się o malarii (oczywiście było to znacznie sympatyczniej sformułowane), bo taki „ładny” przypadek nie trafia się często.

Więc odpowiadałam na pytania, tłumacząc młodym ludziom, że co prawda teraz tu leżę chora, ale ja przecież jeżdżę w tropiki od 30 lat i to pierwsza moja malaria! Afryka nie jest taka straszna!

– Czy stosowała pani chemioprofilaktykę? – padało zawsze pytanie.
– Niestety nie. Ale to dlatego, że zebrało mi się kilka wyjazdów, praktycznie co miesiąc prowadziłam gdzieś grupę: lipiec Uganda, wrzesień i październik Zambia, listopad Czad, sylwester Sudan Południowy, luty Kenia i marzec Kamerun.
Choć jakbym tak na spokojnie pomyślała, to po Kamerunie miałam w planach Namibię, a tam niemalarycznie, więc mogłam brać jakieś antymalaryki. Ale… patrz błąd nr 1…

– Czy po tak trudnym doświadczeniu wróci pani jeszcze do Afryki? – spytała pewnego razu studentka.
– To źle postawione pytanie. Kwestią jest nie „czy wrócę”, ale „kiedy”. Szczerze mówiąc mam nadzieję, że już w lipcu. – odparłam. Wróciłam w sierpniu, niewiele się pomyliłam.

Moja podróżnicza koszula poprawiała mi psyche i mobilizowała do ćwiczeń.

Moja podróżnicza koszula poprawiała mi psyche i mobilizowała do ćwiczeń.

Gdy wyszłam ze szpitala byłam tak słaba, że przejście 100 metrów wymagało kwadransa odpoczynku. Na trening do LadiesGYM wróciłam dopiero miesiąc później, zaczynając od 20 minut baaardzo spokojnego treningu.

Pół roku później, po mojej chorobie nie było śladu.

Malaria – jak się nie dać komarom (i chorobie)

Ponieważ lepiej uczyć się na błędach innych niż na sobie, jadąc w tropiki pamiętaj o kilku rzeczach:

  • Konsultacja z lekarzem medycyny tropikalnej pozwoli Ci na ustalenie jakie choroby są w danym miejscu i jak im zapobiegać. W Warszawie korzystam z PROVITA Poliklinika na ul. Baboszewska 1.
  • Repelenty chronią przed komarami, ale przy dużej wilgotności powietrza się ścierają. Warto nanosić je regularnie (ja to zaniedbałam)
  • Spryskanie ubrania permetryną (lub ubranie nią nasączone) np. Moskito Guard Textile jest dodatkową ochroną przed komarami (więcej TUTAJ)
  • W miejscu występowania malarii warto stosować chemioprofilaktykę. Jakie leki antymalaryczne – najlepiej ustal z lekarzem, lekiem nowym jest Falicmar – na bazie tych samych substancji leczniczych co Malarone.
  • Malaria nie zawsze ma przebieg jak w opisie z „Hebanu” R. Kapuścińskiego, u mnie nie było napadów gorączki i lodowatości, tylko wysoka gorączka non-stop.
  • Jeśli po powrocie z tropików masz gorączkę poproś o zrobienie testu na malarię (komercyjnie kosztuje to ok. 50 zł).
  • Malaria obecnie jest chorobą wyleczalną (kiedyś była tylko zaleczana i ataki mogły powrócić nawet po latach).
  • Przy wypisie ze szpitala zapewniono mnie, że zarodźce malarii w moim ciele zostały zabite na śmierć. Ale oczywiście nie chroni mnie to przez zachorowaniem podczas kolejnej wyprawy.
  • Jeśli pojadę w długą podróż (kilka miesięcy) to nie da się wtedy co dzień brać leków, ale warto je mieć przy sobie i w razie zachorowania od razu zrobić test i zacząć leczenie.
  • Na stronie Fit for travel są podane kraje z zaznaczeniem gdzie występuje malaria. Warto sprawdzić przed wyjazdem.
  • Posłuchaj wykładu dr Agnieszki Wroczyńskiej z Kliniki Chorób Tropikalnych jak przygotować się do wyjazdu w tropiki

Oczywiście wróciłam do Afryki. I czasem bywam też w miejscach gdzie jest malaria. Zachowuję rozsądek i tam, gdzie ryzyko jest większe, biorę Falcimar.

Namibia, sierpień 2022.

Namibia, sierpień 2022.

Przede wszystkim bardzo, ale to BARDZO pilnuję, by przed wyjazdem mieć czas dla siebie i przygotować się na spokojnie do wyprawy. Przy odrobinie szczęścia może następną malarię będę mieć za 30 lat 😀

Przewartościowałam też kilka rzeczy, bo świadomość, że mogłabym już być po drugiej stronie daje do myślenia o tym, co jest naprawdę w życiu ważne. Ale to temat na zupełnie inny wpis…


(c) AfrykAnka.pl

Może Cię zainteresuje...

Zostaw komentarz