Praca na katamaranie cz 2. Dzień jak co dzień.

Moja praca na katamaranie to idealne połączenie umiejętności stewardessy, kucharki, sprzątaczki i kaowca. Godziny nienormowane, za to sporo na świeżym powietrzu. – Ale masz fajnie, będziesz sobie pływać i zwiedzać! – mówili mi przyjaciele przed wyjazdem…

Znowu w rejs

Nie mylili się w jednym – pływaliśmy non stop, gdyż wciąż były kolejne czartery. Zwykle dzień zaczynał się o szóstej rano, chyba już nigdy w życiu nie zobaczę tylu wschodów słońca!

Wschody słońca - piękno w najczystszej postacj.

Wschody słońca – piękno w najczystszej postaci.

Szybki prysznic i już jestem w kuchni. Trzeba przygotować do termosu kawę, do drugiego herbatę. Do dzbanka mleko (akurat jeden z klientów lubi wypić szklankę, ale nie będziemy mu przecież wydzielać), do innego sok. Wrzucić bagietkę do piecyka (zapas trzymamy w lodówce, by nie straciły świeżości), wyjąć i ułożyć na talerzykach masło, dwa rodzaje dżemu, jogurty, ser, pokroić owoce i ciasto.

Praca na katamaranie – proza życia

Szklanki do kawy, osobne do soku. Ułożyć serwetki, wybierając który z kilkunastu wzorów najlepiej pasuje do dzisiejszego dnia. Zwykle nim skończyłam, przy stole pojawiał się pierwszy klient. Miła rozmowa, anegdota na dzień dobry, podać bagietkę i śmietankę do kawy.

Gdy goście popłyną zwiedzać kolejną wysepkę, trzeba szybko zabrać się za zmywanie, a potem za sprzątanie kabin. Mycie łazienki, bulajów, podłogi. Tak naprawdę, to nasz jacht przypominał pływający luksusowy hotel. Co dzień zmieniałam ręczniki, co dwa dni pościel (dla każdej kabiny był inny kolor).

Praca na katamaranie w zespole. W końcu firma przyjęła do wiadomości, że Anka nie umie gotować i kuchnię przejął mistrz kuchni Bernard.

Praca na katamaranie w zespole. W końcu firma przyjęła do wiadomości, że Anka nie umie gotować i kuchnię przejął mistrz kuchni Bernard.

Nie mam pojęcia, skąd na wodzie bierze się tyle kurzu, ale sprzątanie go zajmowało mi zwykle co najmniej kolejną godzinę. Chyba czystość jako stan trwały na tym świecie nie istnieje. Najpóźniej o jedenastej zaczynam przygotowywać obiad. Zwykle opracowanie menu na kolejny rejs zajmuje nam dobrych kilka godzin.

Pływająca restauracja

Na początek trzeba wymyślić entrée, czyli przystawki. Mogą to być krewetki w majonezie podawane w avocado (majonez uciera się ok. 10 minut), albo kalmary smażone w cieście, ewentualnie sałatka z marchwi dekorowana plasterkami ogórka i pomidora. Potem drugie danie: smażona ryba podawana z ryżem, groszkiem i odrobiną kukurydzy dla dodania koloru na talerzu. Albo kraby w sosie z dodatkiem ziemniaków i kompozycji z warzyw.

Do tego wino białe i czerwone (nie wiadomo jakie preferują klienci), sok i woda mineralna. Dwa kieliszki i zestaw sztućców. Jeśli jest bezwietrznie podajemy w salonie na pokładzie, jeśli płyniemy, bezpieczniej będzie nakryć w salonie wewnątrz łodzi. Czasami jemy z klientami (to wtedy, gdy na łodzi panuje bardziej rodzinna atmosfera), czasami dopiero wtedy gdy skończą, zaś przez cały posiłek uważamy by niczego nie brakło na stole. Na koniec oczywiście sery (francuska kuchnia!) i owoce.

OMG! A to wszystko trzeba umyć w zlewie (bo zmywarki nie mieliśmy)!

OMG! A to wszystko trzeba umyć w zlewie (bo zmywarki nie mieliśmy)!

A po obiedzie? Bynajmniej nie drzemka! Zmywanie, które trwa w nieskończoność czyli jakieś dwie godziny, bo przecież to wszystko (jak przystało na elegancką restaurację) jest podawane każdemu na osobnym talerzyku. Po zmywaniu czas na dokończenie sprzątania łodzi i… zaczynam przygotowywać kolację!

Zgodnie ze sztuką nie będą to kanapki jakimi zwykłam się żywić w domu, lecz gorące danie poprzedzone… kolejnym entrée. W dobrym lokalu bez przystawki posiłek nieważny! Na tygodniowy czarter zabieram pięć obrusów, ok. 500 serwetek jednorazowych i 50 zmywaków do sprzątania. Zużyję wszystko. Po kolacji kolejne zmywanie i wreszcie koło dziewiątej wieczór mam czas dla siebie. Stanowczo: praca na katamaranie to nie są wakacje!

Piszę list do domu. W 2000 r. nie było e-maili, więc wieści szły kilka tygodni.

Piszę list do domu. W 2000 r. nie było e-maili, więc wieści szły kilka tygodni.

No, prawie dla siebie, bo przecież bywa i tak, że niebo rozgwieżdżone, fale delikatnie biją o pokład, kto by tam szedł spać! Nasi goście siedzą i rozmawiają popijając drinki, a my rozmawiamy z nimi. I uzupełniamy drinki, dbając by czuli się tu dobrze. Lubiłam te wieczorne rozmowy, gdy opowiadaliśmy sobie historie ważne i nieistotne, gdy byłam z ludźmi, których polubiłam. Bo niestety, miałam pecha trafić na skipera introwertyka, z mocnym kompleksem wyższości.

Gdy dopada samotność

O jakimkolwiek pogadaniu nie było mowy, o porozumieniu tym bardziej. Przez trzy miesiące funkcjonowaliśmy obok siebie, wymieniając jedynie techniczne uwagi dotyczące zaopatrzenia lub trasy podróży. Doszło do tego, że ostatnie dwa tygodnie praktycznie w ogóle nie rozmawialiśmy. Czy można być samotnym na łodzi pełnej ludzi? A jednak można.

Na szczęście wkrótce przydzielono nam pełnych pogody ducha malgaskich kucharzy, dzięki którym wróciła mi wiara w ludzi. Najpierw Bernard, a potem Ali przejęli dowodzenie w kuchni, dzięki czemu pozostało mi już tylko sprzątanie i zabawianie gości.

Wokół nas często pływały tradycyjne łodzie.

Wokół nas często pływały tradycyjne łodzie.

Przeczytaj o tym jak podczas rejsu na karamaranie czasem wykluczały się praca i pasja

Więcej zdjęć z Afryki? Zajrzyj na africandream.pl


(c) AfrykAnka.pl

Może Cię zainteresuje...

Zostaw komentarz