Wolontariat z sierotami – bezwzględny biznes

Wolontariat to szlachetna idea. Tyle, że w wielu miejscach od dawna stał się biznesem. I paradoksalnie: w im gorszych warunkach są przetrzymywane dzieci – tym więcej zarobi się na odruchach serca wolontariuszy.

Czy wolontariat bywa szkodliwy?

Kamila Kielar tworzy audycje Drzazgi świata gdzie wraz zaproszonymi osobami rozmawia na ważne tematy. Żadne tam pitu, pitu, świat jest piękny, kolorowe pocztówki wspomnień. To mądre rozmowy, zmuszające do refleksji. Jedna z drzazg jest poświęcona wolontariatom: Zapotrzebowanie na sieroty.

Wyobraź sobie, że do polskiego sierocińca przyjeżdża grupa chińskich wolontariuszy. Nie mają pojęcia o opiece nad dziećmi, ale mają wielkie serca i dużo zapału. Przytulają dzieciaki, bawią się z nimi w naukę angielskiego (bo uczyć też nie umieją, ale co to szkodzi). Przejęci nędzą warunków w jakich są dzieciaki kupują im zeszyty, książki a nawet tablicę i ławki, czasem leki (gdy dzieci są chore), czasem ciepłe ubrania.

Wszyscy są wzruszeni, słitaśne focie, poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Po dwóch tygodniach przyjeżdża nowa grupa wolontariuszy i cykl się powtarza (bo zeszyty, tablicę, leki – to wszystko oddano do lokalnego sklepu, by kolejny wolontariusz też mógł się wykazać). Dzieci dopiero co się przyzwyczaiły do Mae, Bao i Chenga, a tu już przytulają je Wen, Deng i Xue. Którzy za dwa tygodnie też te dzieciaki porzucą.

Wolonturystyka – dochodowy biznes

Brzmi jak abstrakcyjna fantazja? No to zamień polski sierociniec* na nepalski, a wolonotariuszy zaimportuj z Europy i USA. Ten proceder trwa w najlepsze od dziesięcioleci. O kulisach tego biznesu opowiada Alicja Kosińska,  koordynatorka projektu Zanim Pomożesz, trenerka edukacji międzykulturowej oraz  była wolonturystka.

W Kambodży od 2005 roku liczba sierocińców wzrosła o 75%, a w nich mieszkało łącznie 16 tysięcy dzieci. Problem z sierocińcami w Kambodży był tak duży, że ostatecznie wprowadzono program rządowy, który miał na celu reintegracje dzieci z rodzicami i zamykanie sierocińców.
Alicja Kosińska

W Ugandzie w 1990 r. było 1000 dzieci w sierocińcach. Obecnie jest ich… 50 000! Bo nasza zachodnia chęć pomagania stworzyła potężny biznes sierocy (orphan business). A że w wielu krajach Globalnego Południa atrakcyjnych dla wolontariuszy (ładnie, egzotycznie, bezpiecznie) nie ma wystarczająco wielu sierot, dzieci zaczęto zabierać rodzicom.

Wolontariaty są płatne i to często niemało. Bo przecież nasz pobyt na miejscu kosztuje, a do tego czasem potrzebna jest osoba nadzorująca nasze działania (czasem niestety takiej osoby nie ma i jest to jeszcze gorsza opcja). Tak naprawdę pieniądze, które płacimy za wolontariat są potrzebne danej organizacji na opłacenie wielu innych działań. Dopóki te pieniądze faktycznie są wydawane na miejscu, na działania pomocowe dla lokalnej społeczności – sprawa nie budzi moralnych wątpliwości.

Jedna z firm, specjalizująca się w organizowaniu wyjazdów wolonturystycznych co roku wysyłała (przed koronawirusem) 8000 osób! To więcej, niż niektóre biura podróży. Dla mnie szokująca była informacja o tym, że w projekcie (kosztującym wolontariuszy po 12 000 zł!), do lokalnej społeczności trafiało… 20 USD.

Zanim pomożesz – posłuchaj, poczytaj i pomyśl!

Dzięki tej audycji dowiesz się więcej o tym jak na ludzkiej chęci pomagania żerują firmy, tworzące ten biznes. Pomoże ci to uniknąć pułapek stereotypowego myślenia i jeśli naprawdę chcesz pomóc, przeczytaj linki pod audycją. Znajdziesz tam wskazówki jak sensownie zainwestować swój czas i środki, aby twe działanie faktycznie było pomocne.

Zajrzyj też na stronę www.podrozeaprawadziecka.pl gdzie dowiecie się więcej o problemach jakie niosą ze sobą wizyty w szkołach, turystyka sieroca, wolontariat z dziećmi i wykorzystywanie dzieci jako atrakcji turystycznej. Problem bowiem w tym, że opowieści o wolontariacie często sprzedają iluzję pomocy. A do rozkręcania tego biznesu dzieci nadają się idealnie. Bo nic nas tak nie wzrusza, jak duże oczęta niewinnego dziecięcia.

Czasem wolontariat bardziej szkodzi niż pomaga.

Czasem wolontariat bardziej szkodzi niż pomaga.

Dokładnie na takim stereotypie (ach, biedne dzieci, zrobię coś dla nich, nieważne, że nie ma to sensu, ale tak fajnie jest pomagać) zbudowana była reklama organizacji Comic Relief (mająca na celu zbiórkę funduszy), gdzie Ed Sheran spotyka dwóch bezdomnych afrykańskich chłopców i… wykupuje im tydzień w hotelu. Więcej o tym przeczytasz TUTAJ.

Pomagać warto. Trzeba. Sęk w tym, że najlepsze działania prowadzą malutkie, lokalne organizacje. Nie epatujące „poverty porn” czyli biedą, która porusza. I zwykle nie potrzebują wolontariuszy do przytulania dzieci na 2 tygodnie. Choć jak jesteś np. dentystą i chcesz przyjechać by leczyć zęby dzieci to nawet i 2 tygodnie będą realną pomocą. Warto szukać takich lokalnych działań i je wspomagać (ja kibicuję działaniom m. in. EDU Afryka i Window of life).

Jedziesz w podróż? Przeczytaj co warto zabrać dla miejscowych dzieci (oraz komu dawać te rzeczy).  Tak naprawdę, najbardziej pomożesz miejscowej społeczności, dając pracę i płacąc za nią. Napiwki zostawiane w hotelu, wynajmowanie lokalnych przewodników, zakupy w rodzinnym sklepie – płacąc ludziom pozwalasz im na utrzymanie rodzin. Niby to oczywiste, a czasem ciężko nam zrozumieć, że jest to długofalowo dużo lepsze działanie, niż rozdany worek z długopisami.

Fakt, nie dostajemy natychmiastowej gratyfikacji w postaci uśmiechu dziecka. Warto jednak wiedzieć więcej, nim dobrymi chęciami zrujnujemy dzieciom życie. Posłuchajcie tej audycji koniecznie!

Słowa mają znaczenie

* I jeszcze słowa – bo one kształtują nasze widzenie świata – o czym też jest sporo w tej audycji. Zwróć uwagę, że pisząc o dzieciach w Polsce od dawna nie używa się słowa „sieroty”, „sierociniec”. Są to dzieci z domu dziecka (często mające wszak biologicznych rodziców). Jednak w opisach z krajów Globalnego Południa termin „sierotka” łapie za serce, generując nasze zaangażowanie (najlepiej dla biznesu, gdy jest to zaangażowanie finansowe).

Dlatego jeśli trafiasz na ulotkę, epatującą słowami o „sierotach”, „ratowaniu”, „każda para rąk się przyda” – bądź nieufny. Znane mi organizacje pomagające dzieciom ZAWSZE dbają o zachowanie ich godności.


(c) AfrykAnka.pl

 

Może Cię zainteresuje...

2 komentarze

Gabriela 20 sierpnia, 2021 - 7:09 am

Cóż, nie wyobrażałam sobie wolontariat dla dzieci Czarnego Lądu w takiej postaci.. 😪
Kocham te słodkie niewine oczy, które nie są świadome ile zła funduje im świat.. Dlatego coraz częściej nurtuje mnie myśl, aby nieść im radość i aby została ona przelana tylko w ich serca, z dala od łakomych złodziei na ich żerowaniu.. Mam nadzieję że ziści się moje marzenie w taki, czy inny sposób i będzie to pomoc tylko i wyłącznie dla nich, bądź konkretnego indywidualnego stamtąd dziecka które jest w potrzebie 💞

Powtórz
AfrykAnka 20 sierpnia, 2021 - 7:30 am

Gabrielo, biznes na dzieciach jest robiony wszędzie: także w Azji i pewnie w Europie. Ale o ile w Europie jednak (zwykle) się weryfikuje osoby do pracy z dziećmi, o tyle w krajach Globalnego Południa wystarczy zapłacić, co powoduje wiele nadużyć. Jeśli chcesz pomagać dzieciakom – znajdź organizacje, które na miejscu pracują z dziećmi. Robią często fantastyczne dzieci, ja od lat wspieram w działaniach EDU Afryka. I choć dzieciaków nie widzę na żywo – to wiem, że ich oczy błyszczą radością, bo ktoś daje im szansę.

Powtórz

Zostaw komentarz